Rowerowe Camino

Wstęp - jak wpadliśmy na pomysł wyjazdu.
 
 

Pierwsza osoba, która nas natchnęła to Kasia Gradek, którą serdecznie pozdrawiamy. 
Drugim impulsem było spotkanie z Markiem Kamińskim, który idąc pieszo do Santiago de Compostela zdobył swój trzeci Biegun. Stało się to motywacją do podróży. Przedstawiliśmy pomysł Iwonie, która z chęcią zdecydowała się na wspólną wyprawę.
Nie dysponowaliśmy długim urlopem, więc zdecydowaliśmy się trasę portugalską.
Jest też kilka wersji tej trasy. Jako że termin urlopowy mieliśmy wybrany na przełomie lipca i sierpnia a zazwyczaj temperatura tam jest dość wysoka to wybór padł na Camino nadmorskie. Chcieliśmy też korzystać w głównej mierze z namiotów wykorzystując fakt
wysokich temperatur.
Na początku rozważaliśmy jeszcze zabranie ze sobą pieska. Natomiast linie lotnicze i wysokie temperatury i nasłonecznienie spowodowały, że zmieniliśmy zdanie.

 

Przygotowania
 

- zakup biletów - Ze względu na najatrakcyjniejszą cenę za przewóz roweruwybraliśmy lot WizzAir. Koszt przewozu roweru w 1 stronę to 130zł.- pakowanie do kartonów - czyli jak zabraliśmy meble na wakacje. Zazwyczaj każdywiększy sklep rowerowy dysponuję kartonami po rowerach. Należy zapytać i jeżelinie mają w tej chwili to mogą odłożyć. My pojechaliśmy do Decathlonu i tam bezproblemu dostaliśmy 3 kartony pokaźnych rozmiarów. Upchnąłem je nie bezproblemu do samochodu. Dodatkowo przydała się folia bąbelkowa i folia strech atakże kilka rolek mocnej taśmy brązowej. Przewożony rower powinien miećspuszczone powietrze w kołach, odkręcone przynajmniej przednie koło i pedały,przekręconą kierownicę. Chcąc zoptymalizować koszty postanowiliśmy dorzucić dokartonu także naszych część bagaży. Upchaliśmy więc namiot, karimaty, śpiwory anawet małe sakwy. Była to dodatkowa amortyzacja a zarazem mniej pakunków dodźwigania.- dojazd na lotnisko - było troszkę z tym stresu, gdyż nie byliśmy pewni czy uda namsię zabrać z 3 rowerami. Zamówiliśmy taksówkę z Mytaxi 3 dni wcześniej. Zgłosił siękierowca ale okazało się że miał nieoczekiwaną sytuację i musieliśmy szukaćnastępnego kierowcy. Udało się i kierowca podjechał, a nam udało się zmieścić 3rowery i 3 osoby. Dodatkowo udało się skorzystać z promocji i dotarliśmy za półceny. Można było pojechać rowerem na lotnisko i tam się pakować w karton alechyba wolałem, wcześniej się przygotować.- co warto zabrać -- ubezpiecznieRealizacja - czyli jak było na miejscu.- hostel w Lizbonie - trafiliśmy do hostelu, w którym właścicielem była Polka.Podpowiedziała nam gdzie jest Decathlon.

- pojemniki na odpady nas zaskoczyły - musieliśmy wyrzucić 3 kartony po rozpakowaniu i trochę folii - przed budynkiem były małe pojemniki ale okazało się że po wrzuceniu kartonów spadają one głęboko pod powierzchnię 

- pogoda - jadąc rowerem i do tego w pobliżu wody nie była odczuwalna aż tak wysoka temperatura
- Campingi - głównie Orbitour - w miarę drogie ale dość czyste - chyba każdy na jakim byliśmy posiadał własny basen w cenie za nocleg. na campingach zazwyczaj są pralki i suszarki. Są różnice, niekiedy znaczne w zależności od rodzaju sezonu. My byliśmy w tym najdroższym czasie.
- roaming - teraz nie było problemu - internet jeżeli ma się duży pakiet w Polsce to również jest darmowy tam
- gps - nawigacja
- butle - kartusze - nie można ich przewozić w samolocie więc musieliśmy kupić na miejscu. W Lizbonie kupiliśmy bez problemu w Decathlonie, natomiast mieliśmy problem w Hiszpanii z kupnem dodatkowego kartusza. W Vigo znaleźliśmy tylko mały Decathlon - tam nie było. Z kolei w innym sportowym sklepie nie pasował kartusz do naszej

 

Opis wyprawy
 

 

Dzień 1

 

Pierwszy dzień w Lizbonie to mała objazdówka popołudniem - trochę dłużej spaliśmy apóźniej składałem rowery.Pojechaliśmy portugalskimi uliczkami w kierunku rzeki Tag. Po drodze zatrzymaliśmy się wmałym sklepiku i kupiliśmy owoce - banany , mandarynki. Zupełnie inaczej smakują niż wPolsce. Zatrzymaliśmy się przed Katerdrą. Weszliśmy do środka i zakupiliśmy 3 paszportypielgrzyma po 2 Euro za sztukę. Na zewnątrz była dość wysoka temperatura. skorzystaliśmyz pobliskiego poidełka. Zajechaliśmy nad brzeg rzeki i napawaliśmy się widokami.Skierowaliśmy się na wschód wzdłuż rzeki. Była ścieżka rowerowa choć rowerzystów jak nalekarstwo. Okolica za dworcem kolejowym Santa Apolonia też troszkę nie była najokazalsza.Ale po pewnym czasie czekała nas niespodzianka w postaci ogrodów wodnych gdzieprzejeżdżaliśmy pod kurtyną wodną - bardzo miłe ochłodzenie w ten ciepły dzień. Miło byłoale trzeba było wracać do Hostelu.Zrobiliśmy jeszcze zakupy w markecie lokalnym kupując między innymi melona, śliwki iwinogrona oraz fasolkę. W Hostelu zrobiliśmy sobie kolację i tym razem chcieliśmynormalnie się wyspać. Jeszcze usłyszeliśmy od właścicielki że będzie chciała zrezygnowaćz tego biznesu i otworzyć kawiarnię. Poza tym żaliła się że tęskni za polskim jedzeniem.Portugalskie jest takie nudne. Same ryby i owoce morza.

 

Dzień 2

 

Z rana po śniadaniu ruszyliśmy do Cascais na pole namiotowe. W Lizbonie zaliczyliśmyjeszcze kilka atrakcji turystycznych. Między innymi Wieżę Belem, Pomnik Zdobywców.Zamek Św. Jerzego w widzieliśmy z daleka. Pałac Hieronimitow sobie odpuściliśmy.Jechaliśmy wzdłuż Tagu dopóki droga na to pozwalała. Niestety zdarzały się momenty gdzietrzeba było dokonać wyboru i albo jechać ruchliwą drogą po w miarę płaskim terenie lubnadrabiając kilometry i wspinając się lojalnymi uliczkami. Wybieraliśmy wspinaczkę. Byłogorąco. Oddaliśmy się od wody. Jak już dojechaliśmy do Cascais droga się poprawiła i jużwzdłuż drogi prowadziła ścieżką pieszo rowerową. Zatrzymaliśmy się przy miejscu zwanym Inferno. Piękny widok na skaliste urwiska i wodne otchłanie. Zarzyliśmy luksusu w postaci lodowych smoothie. Ostatni etap tego dnia to nadoceaniczny fragment po raz pierwszy zobaczyliśmy ocean. Nie dało się nie zauważyć również silnego wiatru, który momentami nanosił tak dużą porcję piachu, że nie dało się jechać po ścieżce rowerowej - trzeba było prowadzić rowery. Na camping dojechaliśmy około 19-tej. Trochę czasu zajęły nam formalności meldunkowe. Czysty i dość przyjazny Camping. Musieliśmy się w miarę streszczać z rozbijaniem namiotu bo robiło się ciemno.

 

Dzień 3


Rano kupiliśmy bułeczki i zrobiliśmy sobie śniadanie oczywiście przed namiotem i z kawką. Plan na dziś to powrót do Lizbony i transport pociągiem do Porto. Początek trasy bardzo urokliwy - fotki nad oceanem. Mając na uwadze że część trasy z wczorajszego dnia nie była
ciekawa postanowiliśmy ja ominąć i skorzystać z miejskiego pociągu. Udało się bez problemu. No może mały problem bo bramka biletowa nie chciała nas przepuścić - musiał interweniować pan z kolei. Mając więcej czasu zajechaliśmy na zakupy w portugalskiej
Biedronce zwanej Pingo Doce. Kupiliśmy bilet na pociąg do Porto plus bilety na rower. Najtańszej opcji nie dało się wykupić gdyż pociąg nie był przystosowany do przewozu rowerów. Kolejny był droższy ale nie mieliśmy wyboru. Jechaliśmy ok. 3 godzin. W Porto na
stacji PKP niestety musieliśmy troszkę podźwignąć nasze rumaki gdyż nie było windy. Do campingu mieliśmy kilkanaście kilometrów. Porto prezentowało się pięknie i końcówka trasy znowu nad oceanem i też ze ścieżką rowerową. Ten camping to dość miła obsługa. W
recepcji nie było problemu żeby po angielsku się porozumieć. Natomiast pan pomagający w obsłudze i pokazujący nam miejsce nie znał angielskiego ale był sympatyczny i dogadaliśmy się w sprawie podłączenia prądu.

 

Dzień 4


Śniadanko tradycyjne przed namiotem. Wymeldowaliśmy się płacąc za nocleg. Ruszyliśmy powtarzając częściowo trasę z wczorajszego dnia ale nie żałowaliśmy bo piękne widoki w Porto i na tamtejsze mosty i zabudowę. Po drodze zakupiliśmy jeszcze pamiątkowe magnesy. Przy wyjeździe z miasta postanowiliśmy zasmakować jakiś specjałów w barze tuż przy turystycznej linii tramwajowej. Niestety trochę się rozczarowaliśmy wielkością podawanych dań i to w znaczącej cenie. W drogę więc. Mijaliśmy miasteczka gdzie w większości były albo ścieżki nad oceanem lub lokalne uliczki. Zatrzymaliśmy się podziwiać widoki na ocean bądź w sklepie uzupełniliśmy płyny. Jadąc tak dotarliśmy do Campingu w Vila Cha. Zdecydowaliśmy że nie ma co dalej jechać i trzeba się ponapawać widokami oceanu. Kolejny przyjazny Camping tym razem troszkę dalej od oceanu ale tani. Wydawało nam się, że jakiś opuszczony początkowo. Rozłożyliśmy się w okolicach prysznicy.
Kupiliśmy jedzenie i wino na wieczór. Poszliśmy jeszcze do knajpki z owocami morza i Kasia zamówiła kociołek owoców morza. Można było się nimi najeść i były dobre. Następnie udaliśmy się z winem nas ocean i tam podziwialiśmy zachód słońca degustując wino.
Wróciliśmy na camping około 22-giej a ku naszemu zaskoczeniu na campingu trwała zabawa. Portugalczycy śpiewali karaoke i tańczyli. Też przyłączyliśmy się do nich czasami. Zamówiliśmy kolejne wino i czas szybko leciał. Po północy wróciliśmy do namiotów. W nocy
niespodziewanie spadł deszczyk i zamoczył nasze pranie.

 

Dzień 5


Postanowiliśmy skorzystać z suszarki. Śniadanko przed namiotem stało się tradycja i kawka grzana na kartuszu z palnikiem. Około 10:30 ruszyliśmy na kolejny dzień wyprawy. Kierunek jak zawsze na północ. Powolutku zaczynały się zmieniać krajobrazy i teren. Pojawiały się
nadoceaniczny kładki drewniane. Trzeba było zwracać uwagę czy przypadkiem nie są tylko dla pieszych. Jeżeli tak to znajdowałem alternatywna drogę. Choć nawet jeżeli dozwolony był ruch rowerowy to zdążały się schodki ale to tylko 2 takie przypadki. Nad samym
wybrzeżem jeżeli były wzniesienia to o małym procencie nachylenia i nie takie bardzo odczuwalne. Zaczynały się pojawiać na horyzoncie większe górki co dziewczyny trochę przerażało. Wstępny cel tego dnia to miejscowość Viana do Castelo. Położona nad rzeką z górą i zamkiem w tle. Początkowo przypadkiem trafiliśmy na tani camping ale po namyśle i przeanalizowaniu warunków postanowiliśmy jechać kawałeczek dalej na Orbitour. Trafiło nam się że akurat było na jedną noc lepsze miejsce namiotowe. Rozłożyliśmy namioty i do
sklepu po napoje wieczorne. Poszliśmy nad ocean i podziwiając ostatnich surferów smakowaliśmy winnych napojów.

 

Dzień 6


Po śniadaniu około 11:00 daliśmy w pedał. Celem na dziś było przekroczenie granicy z Hiszpanią. Należy pamiętać o zmianie czasu o 1 godzinę do przodu. Więc będąc na granicy robi nam się mniej czasu. Nie forsując więc tempa ale mając to na uwadze ruszyliśmy w
trasę. Widoki jak zwykle piękne. Po początkowym odcinku musieliśmy odbić trochę od oceanu. W ostatnim portugalskim miasteczku był jakiś festyn i prowadziliśmy rowery przeciskając się wśród tłumów. Korzystając z okazji skosztowaliśmy również lokalnej kuchni.
Ciekawe kompozycje sałatek dostaliśmy. Aby dostać się do Hiszpanii trzeba było skorzystać z promu. Bilet dla rowerzystów na szczęście tylko 1 Euro. Wysiadając z promu zauważyliśmy pielgrzymów, którzy trzymając paszporty udali się do kasy biletowej po
pieczątki. To nas też uświadomiło że dotychczas nie prosiliśmy nigdzie o pieczątkę. Tak więc dopiero nasza pieczątkowa przygoda zaczęła się w Hiszpanii. Postanowiliśmy rozbić się na najbliższym campingu. Okazało się że jakoś bardzo dużo miejsca na tym campingu
natomiast pan który wskazywał nam miejsce dokładnie wyznaczał w jakim obszarze możemy się rozłożyć, choć miejsca było w bród.
Umyliśmy się i po zakupach postanowiliśmy zagrać w Uno. Bardzo fajnie się grało.

 

Dzień 7


Po śniadaniu czekał nas objazd góry w A Guarda. Następnie w miarę łatwy odcinek. Camping w Playa America. Ciekawostką było to, że tu liczyli za miejsce na polu namiotowym, które było w miarę duże i 2 namiotu spokojnie na nim rozbiliśmy. Skończył nam się kartusz z gazem. Niestety nie mieli pasującego w campingowym sklepiku a następnego dnia jakieś święto i niektóre sklepy zamknięte. Gadaliśmy sobie przed namiotem przy winku i nie zauważyliśmy że już po północy a tu przechodziła ochrona obiektu i zwróciła nam uwagę że za głośno rozmawiamy i że jest już cisza nocna. Rozeszliśmy się do namiotów.

 

Dzień 8


Z rana wstałem i poszedłem na polowanie po kawę. Udało się znaleźć i było śniadanie z kawką. Na trasie dzisiejszego dnia było większe miasto Vigo. Tam też planowaliśmy kupić butle z gazem. Okazało się to bardzo trudne. Nie było w Decathlonie a w innym sportowym
sklepie mieli butle ale nie pasujące a kupować nowego zestawu nie opłacało się kupować. W Polsce nie wiadomo czy byłyby takie butle. W Vigo uliczki nie rozpieszczały i co chwila trzeba było pod górę jechać. Napotkaliśmy fajne graffiti. Miałem też przygodę z pewnym
samochodem , który chciał mnie zmieść z tej ziemi. Wyjechał z deptaku pędząc co nie miara i mnie nie zauważył. Było blisko. Aż przechodzień zareagował i naciskał coś po Hiszpańsku kierowcy.

 


 

Relacja z naszej wyprawy szlakiem św. Jakuba

Warto wiedzieć:

- Credencial del peregrino to paszport pielgrzyma, w którym na całej trasie zbiera się stemple (los sellos) - np. w schroniskach, w kawiarniach, w sklepach, ale również w muzeach i kościołach. jeżeli chcemy otrzymać certyfikat pielgrzyma rowerowego musimy na początku zakupić paszport pielgrzyma a następnie zbierać pieczątki każdego dnia na trasie. Compostelka - zaświadczenie o odbyciu pielgrzymki do grobu św. Jakuba otrzymują ci, którzy przeszli pieszo minimum 100 km lub przejechali na rowerze bądź konno 200 km Na koniec w Santiago udajemy się do Centrum Pielgrzymów i tam odstać należy około godziny albo dłużej - Buen Camino, czyli dosłownie Dobrej Drogi - to tradycyjne pozdrowienie hiszpańskich pielgrzymów. Po kilku dniach wędrówki te słowa stają się czymś, co każdego dnia dodaje sił, niesie zmęczonego pielgrzyma na skrzydłach braterskiej radości. Można nie znać hiszpańskiego wybierając się na Camino, ale te dwa słowa to obowiązkowy bagaż!
- Muszla małża (przegrzebka: Pecten Jacobaeus) jest symbolem pielgrzymki do grobu św. Jakuba. Dlaczego jednak muszla? Odpowiedzi na to pytanie są bardzo różne:
- bo św. Jakub był rybakiem;
- bo jest ona symbolem chrztu i zbawienia, które św. Jakub przyniósł Hiszpanii;
- bo jej promienie schodzą się w jednym punkcie, tak jak wszystkie caminos spotykają się w Santiago.
- Najbardziej prawdopodobna wydaje się jednak odpowiedź najprostsza: średniowieczni pielgrzymi zbierali muszle na wybrzeżu Atlantyku jako dowód odbytej pielgrzymki. Potem dopiero zaczęto ozdabiać nimi płaszcze i kapelusze już przed wyruszeniem na szlak.
Codex Calixtinus mówi, że pielgrzym podnosząc muszlę na brzegu oceanu bierze na siebie jarzmo Pańskie – zobowiązuje się do wypełniania Bożych przykazań. Powierzchnia muszli przypomina palce ludzkiej dłoni, którą posługujemy się czyniąc cokolwiek, muszla pielgrzymia ma zatem symbolizować dobre uczynki, których się podejmujemy. Wreszcie dwie połówki muszli, które bronią małża niby tarcze, mają nam przypominać o podwójnym przykazaniu miłości: Boga i bliźniego.
- Dlaczego zatem muszla? Wydaje się, że dopiero suma wszystkich tych interpretacji narosłych przez wieki daje nam pojęcie o jej znaczeniu.
- Sjesta - nie wolno zapominać, że w godzinach popołudniowych (zwykle od 14 do 17) w Hiszpanii obowiązuje drzemka poobiednia. Po pierwsze - o tej porze prawie wszystko jest zamknięte, a po drugie - lepiej w tym czasie schować się przed bezlitosnym słońcem. Dobrym pomysłem jest wychodzenie ze schroniska o 5 czy 6 godz. - jest wprawdzie
jeszcze ciemno, ale za to czas sjesty spędza się już w następnym schronisku.

- Albergue, refugio, czyli schronisko - na Camino de Santiago jest ich bardzo dużo. Prowadzone są najczęściej przez lokalne społeczności, parafie, stowarzyszenia oraz władze samorządowe, ale dużo jest także schronisk prywatnych, w których czasami nocleg nie jest wcale drogi.
- ciasteczka portugalskie - PASTÉIS DE NATA

© 2019 by Kris

  • Ikona aplikacji Facebook
  • Instagram